oidę posępny, a grają mi dzwony ze wszystkich kościołów bijące, idę posępny a lśnią mi wieżyce szczytami niebo kujące

Klaustrofobiczne pejzaże, pomieszczenia złożone z poziomych i pionowych linii, aparatura przyobleczona w monstrualne rozpływające się maski Salvadora. Napierająca na ciebie ciasnota. Kuriozalnie mały stańczyk w szachowym, obcisłym uniformie Mercurego z obnażonym włochatym torsem, siedzący w powietrzu za oknem. Niemy śpiew. Bezdźwięczne poruszenia ust. Nogi wraz z łóżkiem wtopione w ścianę po kolana. Istoty posiadające wysokość i szerokość, pozbawione głębi. Wycinanki. Lęk przed kimś, kto siedzi obok, chociaż sala nasycona jest pustką. Potem nagły ruch, muśnięcie o policzek. Lęk narasta, napiera. Czas zapisany na celuloidzie starej taśmy filmowej urywa się, jedna z klatek trzepocze i zapada ciemność.

Pomieszczenie jest niskie, powała zdaje się wisieć tuż nad głową. Na metalowym stoliku naprzeciw stoją w rzędzie oszronione butelki wypełnione przeźroczystym płynem, obok szemrze głośno niewidzialny strumień, bez ustanku, miarowo, na złość. W ustach skorupa gipsowa, językiem na podniebieniu wyczuwasz siatkę żelaznego zbrojenia. Nikt ci nie podpowiada, nie musi, ty to wiesz – woda w schłodzonych butelkach jest zatruta. Nie próbujesz prosić o parę kropel. Gdybyś nawet spróbował, głos nie przejdzie przez cieśnię. Świat zawiązał spisek przeciwko tobie. Milczenie to najlepsza forma obrony. I odpowiedź.

Zaczynasz widzieć wszędzie zegary. Każde otwarcie oczu to nowy dzień, obrót Ziemi wokół własnej osi nie ma znaczenia. Standardowe prawa fizyki tracą moc w zetknięciu ze stanem osobliwości, w którym jesteś. Przestajesz mieć zaufanie do wszystkiego, co przypomina węże; wnikają w ciebie, penetrują i wysysają soki życiowe. Wyciągasz pierwszego przez nos, wszedł już prawie cały do żołądka, pomarańczowy ogon sterczy przed oczami. Ciągniesz go desperacko, czujesz w przełyku, jak się miota w złości, wreszcie odrzucasz z obrzydzeniem na podłogę. Drugi, jeden z wielu, które zdołały wessać się w powłoki brzuszne, jest grubszy, przypomina w dotyku węża ogrodowego. Jednym szarpnięciem pozbawiasz go dalszej możliwości pasożytowania na swoich trzewiach. Potem robi się dziwny ruch przed oczami, cienie, cienie, cienie. Nie możesz poruszać rękami i nogami. Ktoś cię skrępował, na nadgarstkach czujesz rzemień.

Dziesiątki, setki zegarów, są wszędzie, na szybie, ścianie, glazurze, suficie, każda rzecz, przedmiot staje się zegarem. Każdy z nich pokazuje inną godzinę. Zamykasz oczy, nie znikają, widzisz je przez opuszczone powieki. Nie ma ucieczki przed rozregulowanym czasem. Świat zwichnął sobie kostki, czas wyszedł z zawiasów. Zaczyna do ciebie docierać, że coraz mniej rozumiesz. Męczysz się i czekasz na moment, kiedy znowu film się zerwie, jedno z kółek projektora raptownie przyspieszy a na ekranie najpierw pojawi się oślepiająca jasność, a potem ciemność.

KatoN

(Jeśli śmierć jest odpowiedzią, to jak brzmi pytanie? Z cyklu „Jadą wozy kolorowe”)

kacio59393

Reklamy